0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Filament.io Made with Flare More Info'> 0 Flares ×

Odpalone rakiety reżimu Kimów dosięgną Seul w ciągu pięciu minut, dlatego żyje się tu i teraz, udanie łącząc szacunek dla tradycji z pędem do przyszłości.

Z podróżą do Seulu jest trochę jak z wyborem samochodu – tylko koneserzy mimo noczywistych wad i wysokich kosztów wybiorą jazdę subaru lub starym saabem – model „krokodyl” w zamian za obcowanie na co dzień z przedmiotem wyjątkowym, czasem niepraktycznym ale niepodobnym do innych. Większość zapewne wybierze marzenie o passacie lub toyocie. Nawiązanie do japońskiej motoryzacji jest nieprzypadkowe – samochodów z sąsiednich wysp na ulicach Seulu jest mniej niż porsche zaparkowanych pod polską Biedronką. Tak samo jak biali, którzy spotkać tu – poza topowymi atrakcjami turystycznymi – można w ilościach iście homeopatycznych.

Seul nie jest kierunkiem na pierwszą czy drugą podróż do Azji. Lepiej wybrać bezpieczne kierunki jak Hanoi czy Singapur. Nawet egzotyczne Tokio wydaje się być bardziej oczywistym kierunkiem niż stolica Korei Południowej. Ale czy aby na pewno?

Korea Południowa – kraj od wieków zawieszony pomiędzy dwoma silnymi sąsiadami – Chinami i Japonią, mocno doświadczony przez sztormowe fale przelewającej się przez jej obszar historii, aktualnie od pół wieku opierający się o szaleństwu dyktatury z północy. Aby choć w umiarkowanym procencie zrozumieć charakter i dumę Koreańczyków wystarczy prosta analogia: Korea jest jak Polska, skazana na wieczne towarzystwo dwóch mocnych sąsiadów. Jest jak uczeń – ambitny, ale nie wybitnie zdolny – posadzony pomiędzy szkolnymi prymusami, który na koniec semestru okazuje się być – dzięki własnemu uporowi i pracy – najlepszym uczniem. Taka jest właśnie Korea. Niebrzydka dziewczyna, ale też żadna piękność, która o północy zostaje królową szkolnego balu uciekając stamtąd z najprzystojniejszym chłopakiem.

Dwóch silnych sąsiadów to nie jedyne podobieństwo które daje się nakreślić pomiędzy Polską a Koreą. Koreańczycy są wyjątkowymi fanami… kiszonej kapusty. Kimchi (wym. „kimczi”) to podstawa kuchni koreańskiej. Jeśli należałoby wymienić najważniejszą koreańską potrawę to byłoby to właśnie kimchi. Podawana jest do wszystkiego z wyjątkiem piwa i deserów.
Kapustę pekińską kisi się przez ok. 3 tygodnie dodając do niej paprykę chili, czosnek i rzodkiew. Jest mniej soczysta i bardziej intensywna w smaku od polskiej kapusty kiszonej i zdecydowanie różni się od niej smakiem. Jest inna, tak jak różne potrafią być piłka nożna i futbol amerykański. Jedzenie kimczi do doświadczenie z gatunku „kochaj albo rzuć”. Jeśli za pierwszym razem nie będzie smakować to prawdopodobnie już nigdy nie zechcecie jej skosztować. Jeśli zaś przypadnie do gustu – sami zaczniecie ją kisić, przedkładając jej specyficzny smak ponad polskie kiszonki. Kimchi najczęściej przyrządzane jest z kapusty pekińskiej, ale może być także przygotowane na bazie ogórków lubi rzodkwi.

Poza kimchi spożywanym namiętnie przy każdej okazji koniecznie należy spróbować „doenjang” – pasty ze sfermentowanej soi. Perwersja z jaką w kuchni koreańskiej się kisi lub fermentuje jest nie mniejsza niż miłość Włochów do makaronów. Pasty ze sfermentowanych krewetek, ryb czy innych owoców morza są powszechnie używane.

Mieszkańcy stolicy jeśli nie pracują lub nie śpią to najpewniej coś właśnie przekąszają. Jednocześnie mimo spożywania, olbrzymiej ilości posiłków Koreańczycy są szczupli jak szczypiorek. To właśnie m.in. zasługa zdrowej i pikantnej kuchni.

Główną cechą lokalnej kuchni jest ostrość, dominującą przyprawą jest chili. Dania podawane są głownie z ryżem i makaronem, ważnym składnikiem jest mięso a dzięki fantastycznemu położeniu (morze oblewające półwysep koreański z trzech stron!), ryby są ważnym elementem jadłospisu. Wiele restauracji oferuje możliwość samodzielnego przygotowania posiłku bezpośrednio przy stole, zaopatrzonym w elektryczny mini-grill wbudowany w stół. „Bulgogi” to jedno z najpopularniejszych dań z grilla – paski marynowanej wołowiny w sosie sojowymi i oleju sezamowym z dodatkiem przypraw.

Jednodaniowy obiad w restauracji kosztuje 15-25 zł. Pyszne, sycące i tanie – marzenie każdego oszczędnego sybaryty. W cenie nielimitowany dostęp do wody, która wszędzie jest dostępna za darmo.

Zasada „im gorzej z frontu, tym lepiej w kuchni” sprawdza się w każdym przypadku. Garkuchnie wyglądające jak najgorsze rudery serwują najlepsze jedzenie. Nastawione na miejscowych, a nie turystów są tanie i autentyczne. Warto udać się na ulicę Supyo-ro, blisko stacji metra Jongno 3–ga. Ciemna, brudna i wąska uliczka gdzie z trudem mijają się dwie osoby, wygląda odpychająco – do czasu, kiedy nie otworzą się popołudniem – miniaturowe lokale, bary z jedzeniem. Ledwie kilkanaście metrów kwadratowych, a starcza na wrażenie przebywania w imperium smaku czy innym cesarstwie woka.

Po drugiej stronie Samil-daero – w Jonggak – bary i restauracje upchane ciasno jak korale nawleczone na nitkę. Jest czyściej, bardziej nowocześnie ale to wciąż klasyczna dobra kuchnia koreańska. Przeciągający się wybór lokalu i dania (co wybrać?), niechybnie ściągnie na turystę migrenę i wkręci go w ziemię z głodu.

W ciągu dnia warto skusić się na jedzenie oferowane na targach a tych jest niemało: Namchang-dong Market w okolicy głównego dworca (Seul Station) czy Gwangjang Market w Jongno 5. Niezależnie zaś od pory dnia, warto posilać się jedzeniem ze straganów rozstawionych w całym mieście, kosztując świetnie pierożki z ośmiornicą, naleśniki jeon lub „ddeokbokki” – kluski z ciasta ryżowego w ostrym sosie chili.

W cieniu wieżowców w dzielnicy Jongno kryje się najwspanialszy pałac królewski w Seulu – pałac Gyeongbokgung. Melanż starego z nowym, olbrzymi szacunek dla przeszłości przy jednoczesnym patrzeniu w przyszłość jest charakterystyczny dla Korei. Pałac został zbudowany w 1395 roku, po czym spłonął i przez blisko trzy stulecia popadal w ruinę. Odbudowany ponownie w 1867 roku, przez dynastię Joseon. Wyremontowane lub zbudowane od podstaw 330 budynki kompleksu pałacowego ukazują jego ogrom. Pałac został ponowie zniszczony przez Japończyków na początku XX wieku. W 2009 roku zrekonstruowano cześć zabudowań. Jeśliby wskazać jeden pałac który koniecznie należy obejrzeć, będzie to właśnie Gyeongbokgung.

W pobliżu znajduje się Myeongdong – dzielnica* salonów i butików markowych producentów oraz sklepów z przesadnie kiczowatym „wszystkim”. Na straganach przedziwne i brzydkie ozdoby, obudowy do telefonów samsunga i t-shirty z banalnymi napisami. Hitem wśród turystów są stragany z fikuśnymi skarpetkami. Jest kolorowo i jest głośno. Muzyka gra głośniej od niejednej tancbudy we Władysławowie w szczycie sezonu. Z każdego sklepu wylewa się gorący jęzor dźwięków tandetnych jak nagrody wygrane na odpustowej strzelnicy. Tłum na ulicach utrudnia ucieczkę z pułapki. Z Myeongdong wychodzę z prezentami (tak!), poraniony jak po spotkaniu z tirem.

Najlepszym antidotum na „gwar” Myeongdong, jest spacer w leżącym w pobliżu Namsan Park. Park emanuje spokojem kontrolera lotniczego, na alejkach spotkać można spacerowiczów i amatorów biegania. To również doskonałe miejsce na piknik wzdłuż alejek rozmieszczone są ławki i stoły. Jesienią park wygląda jak paleta malarska z napaćkanymi farbami, od żółci do granatu. To tu znajduje się także jeden z symboli Seulu nowoczesnego – wieża telewizyjna Namsan Tower – najwyższy punkt w mieście.

Insadong, leżące kwadrans drogi spacerem od Myeongdong ma inny charakter. To kilka ulic przy których ulokowały się galerie sztuki, antykwariaty oraz tradycyjne sklepy papiernicze. Znajduje się tu także najstarsza księgarnia w Seulu (Tongmungwan), galeria sztuki Kyung-in oraz najstarszy tea house. Ciekawostką jest fakt, że na głównej ulicy (Insadong-gil) nie można palić, o czym przypominają na każdym kroku, wymalowane pod stopami stosowne informacje. To co łączy wyciszone i wysublimowane Insadong z Myeongdong to tłumy – turystów jest tu więcej niż w dzielnicy zakupowej – oraz stragany ze skarpetkami.

W pobliżu, w okolicach Cheonggyecheon znajduje sie stare centrum miasta. Tu znajdują się siedziby urzędów państwowych, centrale korporacji, większość pałaców i targów miejskich. Dolina Cheonggyecheon rozciągnięta jest pomiędzy górą Bukhan na północy a wzgórzem Namsan na południu. Centrum miasta zdecydowanie najlepiej zwiedzać na piechotę. Doskonały i uznawany przez wielu za najlepszy na świecie system metra należy wykorzystać w sytuacji awaryjnej lub do eksploracji dalszych dzielnic Seulu. Jednorazowy bilet kosztuje 1000 wonów (ok. 2,5 zł).
Zdjęcie z ręki (tzw, „selfie”) to sport narodowy Seulczyków. Telefony w ich rekach są co najmniej wielkości deski do krojenia pieczywa, obowiązkowo wyposażone z kolorowe obudowy czy śmieszne dodatki. Namiętnie fotografują wszystko ale siebie najchętniej. Tu nikt nie używa tu już aparatów fotograficznych. Ciężkie lustrzanki, niczym kamienie na szyi, noszą wyłącznie naiwni turyści liczący na ten jeden perfekcyjny kadr w Cheonggyecheon.

Koniec języka za przewodnika. Język angielski oraz dwoje rąk wystarczają do w miarę sprawnej i bezbolesnej komunikacji w Seulu. Wszechobecne „krzaczki” alfabetu koreańskiego przerażają tylko w pierwszej dobie pobytu w stolicy. W komunikacji zdecydowanie pomaga uśmiech. Koreańczycy, mimo, że zdystansowani, na szeroki uśmiech pozostają bezbronni. Czasem w komunikacji wystarczą pojedyncze słowa – spotkany w Myeongdong, Nim na hasło „Poland!” odkrzyknął „Auschwitz!”. Taki PR, polski MSZ powinien przeprowadzić kampanie reklamową.
Seul to tajemnica, która niesie wyjątkowo mało skojarzeń lub są to skojarzenia oczywiste i powierzchowne (Korea Północna, motoryzacja, technologia) ale po pierwszej wizycie tutaj, nabrać można ochoty na więcej, niczym głodny turysta domawiający kolejne porcje kimchi w lokalnej restauracji.

Seul uzależnia, niepodobny do innych miast jest jak apteka dla lekomana, a najlepszym lekarstwem bez recepty będzie kolejny bilet lotniczy z docelowym kodem ICN (Incheon Airport).


https://facetzprzepisem.com/2013/12/25/seul-miasto-z-marzen/