0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Filament.io Made with Flare More Info'> 0 Flares ×

Rambla w Montevideo
Rambla w Montevideo

Montevideo, stolica Urugwaju, nosi w sobie pokłady melancholii wielkości Pałacu Kultury. Przywołuje to trochę klimat Lizbony z jej cudownym saudade – poczuciem troski i tęsknoty za miłością i lepszymi, dawnymi czasami, które już nigdy nie powrócą. Tam koniec Europy, tu koniec świata. Pobyt tu to skuteczne panaceum na europejskie fobie i lęki – powinno być obowiązkowo przepisywane mieszkańcom kraju nad Wisłą, gdzie zima trwa pięć miesięcy.

Montevideo jest jak piękna kobieta po przejściach. Doświadczona przez życie, sprawia wrażenie zmęczonej, smutnej i przygnębionej. To nie ona, lecz jej bardziej znana, mieszkająca po sąsiedzku koleżanka – Buenos Aires – jest darzona miłością przez tysiące turystów corocznie tam przyjeżdżających. Wystarczy jednak odrobina atencji ze strony gości, aby dostrzec w Niej prawdziwe, naturalne piękno – nie wspierane, przez żadnego zaprzyjaźnionego chirurga plastycznego.

W ostatnim czasie, Urugwaj przebija się na czołówki gazet i serwisów internetowych w Polsce i Europie głównie z dwóch powodów: legalizacji marihuany i wyjątkowego prezydenta kraju - José Alberto Mujica. Doniesienia o legalizacji konopi przekazywane były w żartobliwym tonie – oto kolejne miejsce gdzie można legalnie zakupić i zapalić „skręta”. Nie jest to jednak zadanie łatwe, a dla turysty wręcz niemożliwe. Zakupu mogą dokonać tylko obywatele Urugwaju, którzy ukończyli 18 lat i zarejestrowali się w sieci aptek. Jednocześnie dozwolona jest uprawa krzewów konopi indyjskiej na własny użytek (maksymalnie 6 krzewów rocznie) oraz powoływanie „klubów palacza” (limit uprawy krzewów przez klub to 99 krzewów).

Konopny raj na ziemi? Pewnie tak, ale przebywając w Montevideo, ma się poczucie bycia na nieustannym „haju” bez żadnego wspomagania – to wynik specyficznego klimatu, luzu mieszkańców i pocztówkowych widoków. Wciąż najczęściej spotykany tu zapach to wynik opalania grilla, specyficznie pachnącym węglem drzewnym z eukaliptusa a, nie efekt palenia cannabis.

Rambla
Rambla

Drugi powód, dzięki któremu pisze się o Urugwaju to postać José Alberto Mujicael Pepe – aktualnego prezydenta. Urodzony w chłopskiej rodzinie o aparacji sypatycznego dziadka, spędził ponad 14 lat w więzieniu w związku z działalnością polityczną. Urugwajski Wałęsa. Mujica, obecnie już 79-letni – do pracy jeździ starym volkswagenem, spotyka się z rockowymi zespołami na koncertach („Podoba mi się, tylko trochę za głośno gracie” – to słowa skierowane do muzyków Aerosmith), 90% pensji oddaje najbiedniejszym („Więcej nie potrzebuję. Są ludzie, którym znacznie gorzej się żyje”) a po pracy hoduje chryzantemy i pomaga sierotom. Podczas ostatniej ciężkiej zimy (bardzo zimne, całe ZERO stopni, to tu prawdziwy kataklizm) udzielił noclegu bezdomnym w pałacu prezydenckim w Prado.

Jego poprzednik, a zapewne i następca po wyborach w 2015 roku – Tabaré Vázquez – także jest nietypową personą. Z zawodu lekarz onkolog, po dojściu do władzy wprowadził całkowity zakaz palenia w zamkniętych miejscach publicznych, a jako prezydent – nie porzucił swojej praktyki lekarskiej, pracując jeden dzień w tygodniu w szpitalu Medica Uruguaya

Krowie kopyta na przystawkę

Ciudad Vieja (Stare Miasto) to miejsce gdzie życie toczy się wyłącznie w ciągu dnia, tu mieszczą się siedziby banków i instytucji państwowych. Typowy mieszkaniec stolicy na pytanie „gdzie pracujesz?”, odpowie: „w biurze”, w „administracji”. Wzdłuż głównego deptaku – Sarandi – ulokowały kawiarnie i sklepy. Koniecznie należy wstąpić do kawiarni Mas Puro Verso, która mieści się na piętrze, w przepięknych wnętrzach biblioteki, tuż obok muzeum Torresa Garcii. W weekendy młodzież bawi się w klubach ulokowanych w ulicach tuż przy Plaza Independencia: Bacacay i Bartolome Mitre. Na starym mieście znajduje się także budynek, w którym Krzysztof Zanussi kręcił film „Persona non grata”.

Obowiązkowym przystankiem na starym mieście, jest Mercado del Puerto. W budynku starej powozowni znalazły miejsce skrojone pod turystów, ale zachowujące autentyczną atmosferę restauracje, które serwują klasyczne dania urugwajskiej kuchni. W menu oczywiście przeważa wołowina. Wąska specjalizacja sprawia, że je się niemal wszystko, łącznie z podrobami i krowimi kopytami. Znawcy, jako najlepsze polecają żeberka. Mięso grilluje się wyłączenie na samodzielnie wypalanym węglu z drzewa eukaliptusa. Pojęcie brykietu jest tu abstrakcyjne tak samo jak śnieg w Montevideo.

Na szybką przekąskę najlepiej wybrać empanadas – pierożki z nadzieniem mięsnym, warzywnym lub serowym (40 peso sztuka). Poza restauracjami dla turystów, na zapleczu znajdują się knajpki odwiedzane wyłącznie przez miejscowych, tańsze i z atmosferą. Także tylko na Mercado del Puerto można skosztować medio y medio (pół na pół), specjalnego wina produkowanego z wina białego i spumante, mieszanego w proporcjach 50/50.

Jeśli Ciudad Vieja jest jak nieokrzesany sąsiad, często łamiący ciszę nocną, choć nigdy nieodmawiający drobnej pomocy, to dzielnice Pocitos i Punta Carretas są jak interlokutor po studiach, a czasem i po doktoracie. Tutaj mieszka klasa średnia, pracownicy biur, banków i administracji. Przeważa niska zabudowa. Tuż przy Rambli rośnie las mieszkalnych wieżowców, będący chyba ikonicznym widokiem, przedstawiającym Montevideo. To jest jeszcze centrum miasta, ale żyjące już bardzo leniwie. Najwyższe budynki nie należą tu do bankowych korporacji, lecz do mieszkańców lub rezydentów.

Prado to kolejne interesujące miejsce, położona w północnej części dzielnica, z ogromnym zielonym parkiem i dziesiątkami pięknych willi, położonych w zielonych ogrodach. Wiele z nich jest opuszczonych i zaniedbanych, ponieważ ich właściciele zaginęli lub nie żyją. Spacer okolicznymi alejkami wycisza lepiej niż rekolekcje u Benedyktów w Tyńcu.

W Prado zieleń i spokój znaczą tyle, co buraki w barszczu – zostaje mało miejsca na inne pierwiastki. Reszta stolicy także jest pełna zielonych i zacienionych skwerów przynoszących ulgę zmęczonym słońcem ludziom. Wzdłuż ulic rosną wielkie platany, na Rambli dominują palmy.

Serdeczni ludzie, kultura i sztuka oraz przyjemny klimat to największy kapitał Montevideo – mówi Alberto Latarowski – właściciel jednej z najlepszych restauracji w mieście – Francis (Luis de la Torre 502, francis.com.uy). Jego rodzice opuścili Łódź w 1950 roku, udając się bezpośrednio do Urugwaju. Alberto nie mówi po polsku i jak na razie nie zamierza serwować w restauracji dań kuchni polskiej. Jeśli gdzieś należy wydać ćwierć miesięcznej pensji w szybkie dwie godziny, to jest to zdecydowanie to miejsce. Alberto to Diego Forlan wśród restauratorów w Montevideo.

W prostocie smaków siła, ulubioną przystawką Alberto są Los Chipirones Un clasico – grillowane kałamarnice z duszoną szalotką i pietruszkowym pesto. Po przystawce przychodzi czas na wagę ciężką – Alberto serwuje wołowe steki wielkości małego bochenka chleba, doskonałe urugwajskie wina (czerwony tannat – najpopularniejszy szczep w Urugwaju, spotykany także w Hiszpanii).

Całość kończy mousse de dulce de leche – ultra słodki jak pamiętnik gimnazjalistki mus na bazie karmelu – mleka i cukru, tu zmieszanego w proporcji 1:2. Na zakończenie sycącego posiłku należy wypić kieliszek licor de tannat grape – mocnego (19% alkoholu) wina, przypominającego w smaku trochę portugalskie porto. Co ciekawe – mimo bliskości wody owoce morza w stołecznych restauracjach są drogie i rzadko spotykane.

choripan - bułka z chorizo
choripan – bułka z chorizo

Miłośnikom kuchni mniej wysublimowanej, lecz także autentycznej polecić należy miejsca nazywane parrilla. To restauracje opierające kartę dań na grillu. Proste i dobre smaki podlane kieliszkiem tannata to najlepsze, co spotyka tu turystę.

Inną okazją do poznania miejscowej kuchni są fastfoody sprzedawane z carrito – przyczep porozstawianych w centrum miasta i przy Rambli. Pyszne bułki choripan, z kiełbasą chorizo i ostrą papryką (50-80 peso) tłumią pierwszy głód zdecydowanie – niczym amerykański policjant w filmie akcji.

Chaos, czyli rozkład jazdy NIE ISTNIEJE

Montevideo pod warstwą patyny skrywa niezwykły urok miasta porzuconego na skrajach świata, powalającego przybysza swoim klimatem, może nie od razu, tuż po przylocie, ale już w drugiej dobie przebywania tutaj.

Plaza del Entrevero, Montevideo
Plaza del Entrevero, Montevideo

Na nocleg najlepiej zatrzymać się w okolicy Plaza Independencia (Plac Niepodległości), który leży pomiędzy La Ciudad Vieja (Stare Miasto) a Avenida 18 de Julio (Aleją 18 Lipca). Tutaj toczy się życie towarzyskie i kulturalne miasta. Zaleca się pewną ostrożność w poruszaniu nocą – szczególnie w okolicy starego miasta. Przestrzegają przed tym przewodniki i mieszkańcy – zdrowy rozsądek i nieobnoszenie się z atrybutami turysty powinno wystarczyć, aby uniknąć kłopotów. Bezpieczeństwo stało się priorytetem władz miasta, w centrum zainstalowano ponad 200 kamer miejskiego monitoringu.

Uroku miastu niewątpliwie dodaje lekki bałagan i chaos na ulicach. Mimo geograficznej przepaści blisko stąd do Palermo. Choćby taka miejska komunikacja – jeżdżą tu głównie stare i głośne autobusy – jak te krążące w latach 80. między bieszczadzkimi wioskami.

Rozkład jazdy nie istnieje – przystanek zawiera jedynie spis linii i orientacyjny azymut, w jakim autobus się poruszają, bez żadnej pewności czy on przyjedzie. Korzystanie z komunikacji miejskiej to ćwiczenie zdecydowanie dla cierpliwych. Niewątpliwą zaletą jest czas, który można poświęcić na obserwacje życia codziennego miasta. Alternatywą dla autobusów są taksówki – tanie i wszędzie ich pełno. Najprościej zatrzymać je na ulicy, należy tylko szukać pojazdów z napisem libre.

Absolut istnieje w Montevideo. Stolica sybarytów jest w Urugwaju. To perfekcyjny melanż dobrej kuchni i wina, doskonałego klimatu (śnieg tu nigdy nie pada!) i unikalne połączenie skromności, pragmatyzmu i południowego temperamentu. Jednocześnie najprzyjemniejszym pierwiastkiem obecnym w atmosferze jest wszechobecny luz.

Wczesnym popołudniem życie przenosi się na Ramblę, długi na kilkanaście kilometrów deptak nad Rio de La Plata. Tutaj się spaceruje, biega, jeździ na rowerze. Tu spotyka się ze znajomymi i przyjaciółmi. Widok rzeki wielkiej jak morze (nie widać jej drugiego brzegu), uspokaja bardziej niż kodeina. Szczęśliwe miejsce, szczęśliwy kraj. Mieszkańcy są skromni, spokojni. Uprzejmi i ciekawi turystów. Egalitarne miejsce gdzie każdy czuje się jak u siebie.

W Montevideo się także tańczy! To miasto tanga. Można udać się do najsłynniejszego klubu tango – El Milongon (ulica Gaboto 1810), by przy kolacji podziwiać kunszt miejscowych tancerzy. Bezpłatnie – tango można obejrzeć trafiając na spontanicznie organizowane tańce w centrum miasta, np. przy Alei 18. Lipca. Nie ma limitu wieku, ale tancerze i widzowie mają nie mniej niż 70 lat. Wzruszający widok, z jaką czułością, gracją i przyjemności poruszają się uczestnicy tańców.

Koniec świata jest daleko

Jednocześnie każdy mieszkaniec Montevideo nosi w sobie pokłady melancholii wielkości pałacu kultury. Przywołuje to trochę klimat Lizbony z jej cudownym saudade – poczuciem troski i tęsknoty za miłością i lepszymi, dawnymi czasami, które już nigdy nie powrócą. Tam koniec Europy, tu koniec świata. Pobyt tu to skuteczne panaceum na europejskie fobie i lęki – powinno być obowiązkowo przepisywane mieszkańcom kraju nad Wisłą, gdzie zima trwa pięć miesięcy.

Rambla, Montevideo. Ulubione zajęcie mieszkańca stolicy. Popieramy
Rambla, Montevideo. Ulubione zajęcie mieszkańca stolicy. Popieramy

Turyści z Europy przyjeżdżają tu rzadko, wybierając znane i modne Buenos Aires czy brazylijskie Rio. Jeśli ktoś tu przyjeżdża ze Starego Świata, to najczęściej z Hiszpanii lub Włoch, mając tu rodzinę. Często można także spotkać turystów schodzących z wielkich statków pasażerskich – zatrzymujących się na 24 godziny, rzadziej na dłużej.

Mizeria turystyczna ma swoje pozytywne strony – miasto jest autentyczne i nie próbuje udawać przed przyjezdnym drugiego Buenos, choć wspólnych tematów jest tak wiele: yerba mate (wg Urugwajczyków to ich „wynalazek”) czy futbol. Montevideo jest jak jej młodsza, ładniejsza siostra. Odwiedzający stolicę Argentyny nagle odkrywają, że stracili głowę dla Kopciuszka.

Parę Brazylijczyków z Rio de Janeiro – Cecylię i Thiago – spotykam na meczu Nacional Montevideo. – Urugwaj, świetny kraj. Bardzo nam się tu podoba. Jest kameralnie i nie tak głośno jak w Rio. Byliśmy tydzień w Argentynie i tydzień w Urugwaju. Tu jest bardziej przyjazny klimat.

Cecylia i Thiago. Przyjaźń Rio i Montevideo
Cecylia i Thiago. Przyjaźń Rio i Montevideo

Feria de Tristán Narvaja (przecznica w centrum od Alei 18. Lipca) – to pchli targ, na który zjeżdżają się sprzedający ze stolicy i okolic. Odbywa się w każdą niedzielę. Funkcja handlowa targu jest wtórna, wobec możliwości spotkania większości swoich znajomych, porozmawiania i plotkowania. Na targ nie tyle przychodzi się kupować, tylko spacerować i popatrzeć.

Na targu warto kupować owoce i warzywa oraz pamiątki. Ceny są tu niższe niż w sklepach, a jakość towarów nie budzi zastrzeżeń. Fantazja sprzedających nie zna ograniczeń. Handlarze wystawiają tu wszystko, co zostało znalezione w garażach i zapomnianych szufladach. Można tu kupić 30-letnią, nieotwieraną butelkę coca-coli, kineskopowe czarno-białe telewizory, instrukcje obsługi sprzętu AGD z lat siedemdziesiątych czy wyjątkowe pamiątki piłkarskie. Południowy vintage w skali makro, prawdziwy sezam dla pasjonatów Ameryki Łacińskiej pokroju Tomasza Wołka.

Feria de Tristán Narvaja
Feria de Tristán Narvaja

Jak prawdziwy odkrywca można poczuć się wpadając na krótki zaułek Emilio Reus – dwa przystanki na północ od Tristán Narvaja. Mało kto tu zagląda, mieszkańcy dziwią się turystom, którzy tu przybywają (Zabłądziliście? Potrzebujecie pomocy?). Emilio Reus jest nieznana z nietypowej architektury oraz kolorowych fasad znajdujących się tu domów. Jest tak nietypowa i zaskakująca dla okolicy, w której się znajduje, jak Igor Zalewski pisujący felietony do Krytyki Politycznej. Can’t imagine.

Emilio Reus
Emilio Reus

Lato un polaco

Urugwaj przez lata pozostawał w cieniu potężnych sąsiadów – Argentyny i Brazylii. Ostatnie chwile chwały, kraj przeżywał ponad sześć dekad temu, gdy na mundialu rozgrywanym w 1950 roku na brazylijskich boiskach, dzielna drużyna La Celeste pokonała drużynę gospodarzy 2:1. Wówczas po raz ostatni wspięła się na najtrudniejszy ze szczytów – zdobywając drugie w swojej historii mistrzostwo globu w piłce nożnej.

Proszę wyobrazić sobie zwycięstwo Polski nad Niemcami w finale rozgrywanym na stadionie w Berlinie. To jest właśnie słodki smak wygranej i równocześnie gorzka jak szklanka soku z grejpfruta świadomość, że to se ne vrati. Można iść skoczyć (i skończyć) z trybuny Estadio Centenario (pomysł zły) lub iść na Ramblę podziwiać piękno świata (pomysł dobry).

Futbol to temat, o którym można tu rozmawiać godzinami. Lewandowski i Lato są bardziej znani od Wałęsy i Wojtyły. Prometeuszowe męki kibica zrozumieć jest łatwiej, my Polacy w cierpieniu mamy podobne doświadczenia. Wielkie potęgi pamiętające czasy triumfów, niemające ŻADNYCH szans odzyskać utraconych niegdyś kolonii.

Autobus turystyczny (Bus Turistico, busturisticomontevideo.com.uy) dowiezie Was między innymi na Estadio Centenario (Stadion Stulecia) – miejsce, które dla Urugwajczyków jest jak góra Synaj dla chrześcijan – tutaj narodził się mit założycielski drużyny La Celeste – pierwsze mistrzostwa i pierwsza wygrana w mistrzostwa świata.

Wizyta na meczu zespołów pierwszej ligi przeczy opinii, że ludzie tutaj są powolni, rozleniwieni nieustającym słońcem. Doping na meczu trwa przez 90 minut, tym silniejszy im gorzej idzie „naszej drużynie”. Dziś gra Nacional z Tanque Sisley. – Wygramy – mówi pewny siebie Franco Pérez, szef stowarzyszenia Fanaticos Futbol Tours (futboltours.com.uy), organizującej wycieczki na mecze.

„Nasi” na razie przegrywają 0:1, wszystkich 15 (piętnastu!) fanów Tanque wariuje ze szczęścia. Zapewne to dziewczyny, bracia i szwagrowie piłkarzy będących na boisku. 14 z 16 drużyn grających w 1. Lidze ulokowanych jest w Montevideo, ale kibicuje się głównie drużynie Nacional i Penarol. – Tylko wtedy jest niebezpiecznie na ulicach, dziś jest piknik – dodaje Franco.

Franco Pérez (z prawej) - mówi, że w termosie ma yerba mate. Naprawdę.
Franco Pérez (z prawej) – mówi, że w termosie ma yerba mate. Naprawdę.

Urugwajczycy żartują, że nie ma takiego kraju jak Urugwaj – jego pełna nazwa brzmi „Kraj leżący na wschód od rzeki Urugwaj”. Turysta z Europy, – jeśli nie przyjechał odwiedzić krewnych – wciąż budzi tu zdziwienie. To tak jakby na weekend przyjechać do Chrzanowa zamiast do Krakowa. Szalone, prawda? – Po co tu przyjeżdżać, 300 kilometrów stąd jest piękne i znane Buenos Aires – mówią miejscowi. A może mówią tak tylko z przekory – nie chcąc dzielić się z nikim swoim skarbem, posiadać go wyłącznie dla siebie?

Informacje praktyczne

  • Jak dojechać: nie ma bezpośrednich połączeń lotniczych z Polski do Urugwaju.
  • Grupa Air France uruchomiła połączenie do Montevideo w kwietniu zeszłego roku. Oprócz nowości takich jak Montevideo czy Santiago de Chile, przewoźnik oferuje również połączenia z Bogotą, Caracas, Panamą, Quito, Guayaquil, Limą, Brasilią, Buenos Aires, Sao Paulo oraz Rio de Janeiro oraz ciekawe kierunki w rejonie Karaibów. Lot Air France z Warszawy do Montevideo odbywa się codziennie przez Paryż, z międzylądowaniem w Buenos Aires. Przelot w obie strony do stolicy Urugwaju kosztuje około 5800 PLN, choć podczas promocji można liczyć na niższą cenę. Rezerwacje: AirFrance.pl
  • Z lotniska do centrum najlepiej dostać się komunikacją miejską lub samochodami firmy Remisat, koszt około 40 USD – remisat.com.uy
  • W mieście najlepiej korzystać z własnych nóg lub taksówek. Są one tanie, ale najlepiej z góry ustalić z cenę za przejazd.
  • Warto także skorzystać z autobusu turystycznego Hip on – Hop Off. Jego trasa prowadzi przez największe atrakcje turystyczne miasta, bilet 24 lub 48-godzinny uprawnia do wsiadania i wysiadania bez ograniczeń na każdym przystanku – busturisticomontevideo.com.uy
  • Gdzie spać: Hotel Orpheo (ulica Andes 1449), dwa kroki od Plaza Independencia i głównej alei miasta – 18. Lipca. – orpheohotel.com
  • Gdzie jeść: Francis – dwukrotnie nagradzana, jako najlepsza restauracja w Montevideo, prowadzona przez potomka polskich emigrantów Alberto Latarowskiego (Punta Caretas, ulica Luis de la Torre 502) – francis.com.uy

Autor dziękuję Marcie Guillermo-Sajdak za pomoc w realizacji materiału. :*

 


https://facetzprzepisem.com/2015/01/22/montevideo-4-dni-na-koncu-swiata/