0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Filament.io Made with Flare More Info'> 0 Flares ×

Pasteis de Belém

Pasteis de Belém

Lizbona, niezwykłe miasto leżące na krańcu Europy. Fado i saudade, melancholia i nostalgia – podlana winem i wspomnieniami wielkich odkryć geograficznych oraz tragicznymi wydarzeniami, które w ciągu godzin pochłonęły ponad 30 tysięcy ofiar. Niewiele jest miejsc, które zatopione w przeszłości rozbudzają u gości tak wiele poruszających emocji.

Lizbona. Jedyne takie miejsce na świecie

Z tarasu na 10. piętrze restauracji Varanda de Lisboa, położonej w samym centrum Lizbony, roztacza się porywający widok. Sięgając lewą ręką w bok, pod palcami można niemalże dotknąć murów położonego na wzgórzu zamku św. Jerzego, pod prawą dłoń wpychają się dachy kamienic w Barrio Alto i Chiado. Przed sobą, oczarowany turysta widzi wyjątkowy, płaski placek dzielnicy Baixa. Wyjątkowy, bo miasto położone jest na siedmiu wzgórzach – tak jak Stambuł czy San Francisco. Znaleźć tu miejsce płaskie i większe od szachownicy jest trudniej niż dziewicę w domu uciech. Tu zawsze jest trochę pod górę lub ostro z górki, pokonywaniu wzniesień służy nieśpieszna atmosfera miasta.

Wieczorny krajobraz faluje przed oczami – od piękna dzwięków fado, wypitego wina – któż to zgadnie. Jest godzina 22, początek roboczego tygodnia, a miasto powoli budzi się do życia. Kawiarnie, restauracje i place zapełniają się lizbończykami spotykającymi się z przyjaciółmi i znajomymi.

Melancholię w Lizbonie czuć w powietrzu od pierwszego momentu. Włosy i ubranie powoli nasiąkają nostalgicznym klimatem miasta. Eteryczne roztkliwienie będzie Wam towarzyszyć przez cały czas pobytu nad Tagiem. I nie szukajcie panaceum, ni szczepionki – poddajcie się nostalgii bezwarunkowo. Nostalgii za utraconą potęgą Portugalii, za pięknymi, dobrymi czasami, odległymi jak najdalsze lądy, wręcz nierzeczywistymi, stworzonymi li tylko na potrzeby legendy.

Portugalczycy ten stan określają mianem saudade (termin, którego nie da się wprost przetłumaczyć). Stanowi on główny wyróżnik portugalskiej tożsamości narodowej. Mimo nieodwracalności losu, świadomości dreptania po równinie – gdy szczyty zdobyły poprzednie pokolenia – mieszkańcy Lizbony – piękne kobiety i wypomadowani, eleganccy mężczyźni – zadają szyku w kawiarniach. Ci starsi dżentelmeni mają więcej wigoru i życia od niejednego trzydziestolatka.

Nasza Lizbona
W recepcji fado cicho łka
Pan portier zakochanych zna
(…)
Nasza Lizbona
Butelką porto wita noc
I taką ma niezwykłą moc…

(Ewa Bem, Nasza Lizbona)

Nie byłoby muzyki fado (los, przeznaczenie) bez saudade. Sączące się wieczorem z ulic biednej Alfamy dźwięki wyrwą Ci Czytelniku serce z trzewi, poruszą najgłębiej skrywane pokłady smutku i wrażliwości. Największych twardzieli muzyka wzruszy najdalej po kwadransie, ja sam miałem ochotę łkać już po pierwszym utworze zaśpiewanym w Parreirinha de Alfama przez Joane Veige. Dźwięk dwunastostrunowej gitary portugalskiej roztopi Wasze twarde i zimne serca niczym saharyjskie gorące słońce topiące śnieg. Po godzinie, góra dwóch spędzonych z fado staniecie się lepszymi ludźmi. Dobrych powodów aby wybrać się do Lizbony jest z tuzin, ale najważniejszy to wizyta w klubie fado z muzyką na żywo. Bez niej, pobyt tutaj jest niekompletny, jak piwo bez alkoholu, jak lodówka bez lodu.

Belém – miejsce Wielkich Odkrywców

Belém – dzielnica położona pięć kilometrów na zachód od centrum Lizbony. Stąd w 1497 roku wyruszyła wielka wyprawa Vasco da Gamy do Indii. Można tu odwiedzić ważne turystyczne atrakcje, spróbować namiastki życia typowego mieszkańca Lizbony lub połączyć obie te czynności w przyjemny melanż.

Znajduje się tu m.in. Torre de Belém – militarna wieża zbudowana przez Manuela I Szczęśliwego, w latach 1515-1520. Wieża pełniła funkcję punktu orientacyjnego i strażnicy przy wejściu do portu. W późniejszych latach mieściło się w niej więzienie (w 1833 r. był tu więziony generał Józef Bem – twórca Legionu Polskiego w Portugalii). Wieża zbudowana jest w stylu manuelińskim. Wiąże on ze sobą cechy późnego gotyku z mocnym pierwiastkiem motywów morskich i orientalnych. Przykładem tego stylu jest m.in.: Klasztor Hieronimitów czy elementy Dworca Kolejowego w Lizbonie.

Lizbona, spokój w Belém

Lizbona, spokój w Belém

Stając przy Torre de Belém, w zasięgu wzroku dostrzec możemy Farol do Bugio – lichą latarnię, która jest umownym punktem końca cywilizacji (Tag) i początkiem nicości (Ocean Atlantycki). Patrząc na zachód i wypatrując, co jest po drugiej stronie Wielkiej Kałuży, za plecami znajduje się kolejna ważna atrakcja – Pomnik Odkrywców (Padrão dos Descobrimentos). Młody wiekiem (odsłonięty w 1960 r.), niczym pacholęcie ledwie odstawione od matczynej piersi, ale o znaczeniu wielkim, jak dokonania Henryka Żeglarza. Pomnik przedstawia ważne postacie z okresu Ery Wielkich Odkryć Geograficznych. Przed pomnikiem znajduje się mozaika przedstawiająca mapę podróży portugalskich odkrywców. O skali Imperium niech świadczy fakt, że mozaikę najlepiej oglądać z wysokości ósmego piętra tegoż pomnika. Wówczas widać ogrom i skalę portugalskich odkryć, z trudem upchniętych na 50 metrach chodnika i marmuru.

Najważniejszy zabytek Belém jednak stoi w pewnym oddaleniu od wód Tagu. Klasztor Hieronimitów (Mosteiro dos Jerónimos) – zbudowany z polecenia króla Manuela I w latach 1502-51, w podzięce za szczęśliwie zakończoną wyprawę Vasco da Gamy do Indii. Uważany jest za perłę stylu manuelińskiego. Zwiedzanie klasztoru można zacząć od kościoła Igreja Santa Maria de Belém, gdzie znajduje się grób Vasco da Gamy. Krużganki klasztorne – Claustro należą do najpiękniejszych w całej Portugalii.

Tysiące turystów co roku przyjeżdżają do Belém podziwiać turystyczne atrakcje i jednocześnie tysiące lizbończyków zaopatrzonych w piknikowe kosze z prowiantem i koce, odwiedzają okoliczne bulwary i park szukając chwili wytchnienia od głośnego centrum. To miejsce, jak Pola Mokotowskie, jak londyńskie parki, przyciągają mieszkańców, którzy przy butelce vinho verde wspominają cudowne czasy potężnej Portugalii, czasów odkryć Henryka Żeglarza, Vasco da Gamy czy Bartolomeu Diasa. Obie nacje – autochtonów i turystycznych barbarzyńców żyją tu w doskonałej koegzystencji.

Przy okazji: zauroczonemu miastem turyście, który zatraci się w jego objęciach, nie pomoże sam św. Antonii (Antoni z Padwy) – patron osób i rzeczy zaginionych, podróżnych i Lizbony. Tutaj także jest patronem od szczęśliwej miłości i małżeństwa. Jeśli więc zakochać się, to najlepiej w Alfamie, u stóp kościoła św. Antoniego. Szczególnie hucznie obchodzony jest Dzień Patrona Miasta (noc z 12 na 13 czerwca) – zabawa na ulicach miasta nie ma końca – wino leje się strumieniami, w powietrzu unosi się apetyczny zapach grillowanych sardynek, ulice udekorowane są girlandami i lampionami. W tym dniu mnóstwo par pobiera się, wierząc w opiekę tak znakomitego patrona.

Kuchnia portugalska – pasteis, bife à Portuguesa i wino

Uciechy gastronomiczne to kolejny arcyważny powód, aby odwiedzić Lizbonę. Przykład pierwszy z brzegu – ciasteczka z Belém (Pasteis de Belém) – delikatne i kruche w kształcie babeczek, z kremem budyniowym. Niepozorne i fenomenalnie dobre. Najsłynniejsza lizbońska cukiernia gdzie się je podaje znajduje się tuż przy Klasztorze Hieronimitów. Jak mówi Miguel – syn właściciela cukierni – receptura jest tajna, ukryta za pancernymi drzwiami i znają ją tylko trzy osoby. Wiadomo jedynie, że w skład ciasteczek wchodzi ciasto francuskie, cukier, mleko. Reszta jest słodką tajemnicą. Co roku w sezonie turystycznym przed wejściem do cukierni ustawiają się kolejki nie krótsze niż do krakowskich lodów na ulicy Starowiślnej. Ponoć jednego dnia sprzedano tu aż 55 tysięcy pasteis.

Słodkie życie w Pasteis de Belém

Słodkie życie w Pasteis de Belém

Ciastka przed podaniem należy posypać cukrem pudrem i cynamonem. Każde ma pewnie z 200 kalorii, choć ich słodycz sugeruje raczej liczbę wielokrotnie wyższą. Zajadamy ciacha, spychając poczucie winy i grzech obżarstwa do pobliskiego Tagu.

Rzut kamieniem na północ i znaleźć można się w miejscu magicznym. Restauracja Estufa Real (przy Calcada do Galváo), jest położona w założonym w XVIII w. ogrodzie Botanicznym Jardim Botânico da Ajuda. Kwadrans spaceru pod niemałe wzniesienie zaostrzy apetyt lepiej niż niejedno entradas (starter). Na przystawkę otrzymamy smakowite caldo verde de batata-doce com crocante de chouriço (słodki ziemniak z wieprzową kiełbaską) oraz carpaccio de bacalhau (carpaccio z dorsza) lub cardo verde (zupę z jarmużu i chorizo). Dalej jest coraz lepiej: fideua com aioli e camarão salteado (pasta z krewetek w sosie aioli) i alheira de caça frita (smażone kiełbaski).

Tak wygląda jedzenie w raju. Prawdopodobnie

Tak wygląda jedzenie w raju. Prawdopodobnie

Portugalska kuchnia, schowana w cieniu potężnego, hiszpańskiego sąsiada, wciąż czeka na swojego odkrywcę, kulinarnego Vasco da Gamę. Dobre jedzenie można znaleźć na każdym kroku. Mercado da Ribeira (Avenida 24 de Julho 49) – na pozór zwykła, kolejna hala targowa z zieleniną, mięsem i świeżymi rybami, jakich wiele w każdym dużym europejskim mieście. W jednej z hal, przy długich, surowo ciosanych, drewnianych stołach jest miejsce dla 500 osób. Dookoła mieszczą się boksy z ofertą najlepszych restauracji i sklepów z regionalną żywością w Lizbonie. Trzydzieści, może czterdzieści stoisk w jednym miejscu sprawia, że wybór „lokalu” będzie zdecydowanie dłuższy od samej konsumpcji zakupionego posiłku.

Lizbona, Mercado da Ribeira

Lizbona, Mercado da Ribeira

Kto woli mniej plebejskie miejsca na posiłek powinien udać się do restauracji Bica Do Sapato (Santa Apolónia, 1900-436), ledwie kilometr wybrzeżem na wschód od Praça do Comércio. Współwłaścicielem jest John Malkovich, którego podobno czasem można tu spotkać. Specjalizacja? Kuchnia portugalska w wersji nowoczesnej.

Restauracja Senhor Peixe (Rua Pimenta 35), położona w nowej dzielnicy specjalizuje się w daniach z ryb i owoców morza. Podawane tu przystawki mogłyby starczyć za całe danie, nie sposób się bowiem od nich oderwać. Chleb z kozim serem, zielone oliwki i pasta z sardynek. Danie główne to grillowana dorada z gotowanymi warzywami (ziemniaki, marchew, zielona fasolka i szpinak). Prosto, smacznie, konkretnie.

Duża ryba w restauracji Senhor Peixe

Duża ryba w restauracji Senhor Peixe

Gdziekolwiek się nie udać, trafić można na kulinarny rarytas. Casca da sapateira oznacza „kraba w skorupie” wypełnionej dipem z delikatnego krabiego mięsa, gotowanych jajek i majonezu. W surowych wnętrzach Portugália Cervejaria (Rua de São Caetano, nº 4) – najsłynniejszej lizbońskiej piwiarni – założonej w 1925 roku – krabie mięso smakuje wyśmienicie. Kolejną przystawką są krewetki z regionu Algarve, podawane również z majonezem, które szybko ustępują miejsca na wąskim stole daniu głównemu – Bife à Portuguesa – stek wołowy lub wieprzowy przyrządzany w sosie na bazie wina porto z jajkiem sadzonym.

Bife à Portuguesa, liche 800 kalorii

Bife à Portuguesa, liche 800 kalorii

Wszystkie zaskórniaki, ostatnie w portfelu centy i euro koniecznie należy przeznaczyć na wizytę w restauracji A Travessa (Travessa do Convento das Bernardas 12), mieszczącej się w byłym klasztorze z XVII wieku. Skosztować tu można choćby pysznej ryby św. Piotra (Lombos de peixe galo) w szampanie, a im dalej w menu, tym jest smaczniej.

Znużony (?) jedzeniem, winem i pokonywaniem wzniesień turysta powinien udać się na spacer po dzielnicy Baixa. To całkowicie płaska i położona w centrum najbardziej reprezentacyjna dzielnica Lizbony. Odbudowana przez markiza de Pombala od podstaw, po wielkim trzęsieniu ziemi w 1755 roku jest arcydziełem oświeceniowej urbanistyki.

Eleganckie butiki, kawiarnie i stoiska z jedzeniem zdominowały krajobraz tego miejsca. Klasycystyczna zabudowa łączy położony na Tagiem plac Praça do Comércio z placem Rossio. Przy Rossio znajduje się zbudowany w stylu manuelińskim dworzec kolejowy, liczne kawiarnie, restauracje i bary, gdzie można odpocząć po spacerze i kulinarnych eksperymentach. Warto udać się do baru zlokalizowanego na północno-wschodniej części placu Rossio, miejscu, które szczególnie wieczorem przyciąga tłumy klientów – turystów i stałych rezydentów – niczym, tęcza na Zbawixie antygenderowych piromanów.

Ginjinha, lizbońska wiśniówka

Ginjinha, lizbońska wiśniówka

Ginjinha (Largo São Domingos 8) – pijalnia wiśniówki. Pijalnia pod chmurką, bo lokal posiada tylko ladę, a konsumpcja odbywa się na zewnątrz – wśród innych amatorów tego napitku. Nawet jeśli jesteś z urody teutońskim blondynem, możesz napić się ginja jak typowy lizbończyk – „pięćdziesiątkę” pije się „na raz”, następnie żując przez moment wiśnię, która jest w każdej porcji napoju. Najważniejsze jest niedbałe splunięcie pestką pod nogi. Tak robią właśnie rodowici mieszkańcy Lizbony. Powodzenia!

Wieczorne gastronomiczno – alkoholowe uniesienia najlepiej dnia następnego zrównoważyć oszczędnym śniadaniem i dobrą czarną kawą. Portugalskie śniadanie bardzo przypomina to włoskie – słodkie ciasteczko i mocna kawa napędzają na dobre kilka godzin. Jeśli dzień skończyliście na placu Rossio, niegłupim będzie kolejny zacząć na pobliskim Praça do Comércio – ledwie 800 metrów na południe od Rossio, podążając Rua Augusta – najważniejszą ulicą w Baixa. Tam, pod adresem Praça do Comercio, 3 znajduje się jedna z najstarszych kawiarni w Lizbonie – otwarta w 1782 roku Martinho da Arcada. Przy małej czarnej kawie (bica) zasypanej torebką cukru podziwiać możemy główny plac miasta i rzekę.

Rua Augusta i najstarsza kawiarnia - Martinho da Arcada

Rua Augusta i najstarsza kawiarnia – Martinho da Arcada

Warto na moment wyrwać się z uzależniającego uścisku Alfamy i zastawiając za sobą centrum, podążyć na wschód, do „nowej” Lizbony, położonej na terenach Expo’98. Opuszczone, industrialne tereny wystawowe tętnią życiem. Nie ma syndromu „opuszczonej wioski olimpijskiej”. To jak zagłębie biurowców na Domaniewskiej w Warszawie, z tą różnicą, że przyjazne dla ludzi, nie zasypiające o 20 tylko znacznie później, gdzie najpopularniejszym środkiem transportu są własne nogi, a nie samochód. Z ciekawszych obiektów warto zajrzeć na 2-3 godziny do oceanarium (Esplanada Dom Carlos I), jednego z największych na świecie. Zobaczyć tu można ponad 8000 gatunków ryb, zwierząt i roślin pochodzących z 500 rożnych miejsc i ekosystemów.

Koniec Starego Świata

Będąc nawet na krótko w Lizbonie warto na moment opuścić miasto i odwiedzić miejsca gdzie przestrzeni jest ciut więcej. Sintra – Cabo da Roca – Cascais/Estoril – trasa w sam raz na szybki jednodniowy wyjazd, choć można równie pożytecznie cały dzień przeleżeć na plaży w Cascais lub zwiedzając zabytki Sintry.

Queijadas de sintra - śniadanie po portugalsku

Queijadas de sintra – śniadanie po portugalsku

Sintra – położona 40 minut jazdy pociągiem od Lizbony przyciąga kameralnym nastrojem wąskich uliczek, zapachem słodyczy i architekturą zamków i pałaców wzniesionych w pobliżu. Zwiedzanie miasteczka najlepiej zacząć od… śniadania w jednej z pastelaries. Serwują w nich lokalne słodkie specjały – queijadas de sintra (ciastko z serem i cynamonem) i travesseiros (bułka z ciastka francuskiego z nadzieniem z migdałów, jajek i cukru). Cukier to najlepsze paliwo dla turysty udającego się na wycieczkę po okolicznych atrakcjach. A jest co zwiedzać: mauretańscy władcy Lizbony postawili tu zamek (Castelo dos Mauros). Dziełem Ferdynanda von Sachsen-Coburg, męża portugalskiej królowej Marii II jest przepełniony kolorem i kiczem Pałac Pena (Palácio da Pen) wyglądający jak budowle mojej czteroletniej córki. Intrygujacy jest pałac Quinta da Regaleira, z wieloma odniesieniami do wolnomularstwa, czy romantyczny ogród Monserrate, jeden z najbogatszych ogrodów botanicznych w Portugalii.

Palácio da Pen w Sintrze

Palácio da Pen w Sintrze

Cabo da Roca, tu kończy się pod stopami stary świat jaki znamy, dalej jest już tylko przestrzeń Atlantyku. W miejscu oblężonym przez setki skośnookich turystów jestem jedynym z niewielu bladolicych blondynów. Stara Europa jest w defensywie, nawet tu, na końcu nieprzyjaznego świata. Największą atrakcją nie jest nawet sam widok „niczego”, tylko niewyraźny w swej przeciętności obelisk z napisem „Ponta Mais Ocidental Do Continente Europeu” (w wolnym tłumaczeniu „Koniec zachodu Europy”). Głośna młodzież z Dalekiego Wschodu nie pozwala się skupić, wypatrywać na horyzoncie jakiejkolwiek dysharmonii, jakiekolwiek życia. Jest tylko woda, horyzont, szarość chmur i cholernie mocny wiatr.

Cabo da Roca. Koniec Starego Świata

Cabo da Roca. Koniec Starego Świata

Ledwie klika lichych kilometrów na południe, jadąc lokalną drogą N247, która momentami prowadzi brzegiem oceanu, tak, że dłonią można poczuć niemalże jego listopadowy chłód trafić można do miejsca, które jest perfekcyjną antytezą zadumanej Lizbony. Cascais to elegancki kurort, pełen hoteli apartamentów i pensjonatów i weekendowych gości. Tu należy się bawić, chodzić na plażę i odpoczywać. Nie ma tu miejsca na saudade, a fado brzmi co najmniej nieszczerze. Nie zbawia się tu świata, nie tęskni za utraconą miłością, najważniejszym dylematem jest wybór miejsca na kolacje czy wybór wina do obiadu.

Informacje praktyczne:

Gdzie spać:

  • Hotel SANA, Avenida Fontes Pereira de Melo 8. Tuż przy placu Praça Marquês de Pombal, kwadras leniwego spaceru od placu Rossio.

Gdzie jeść:

  • Varanda de Lisboa, Praca Martim Moniz 2, www.varandadelisboa.pt;
  • Estufa Real, Calcada do Galváo, www.estufareal.com;
  • Parreirinha de Alfama (restauracja z muzyką fado), Beco Espírito Santo 1, www.parreirinhadealfama.com;
  • Portugália Cervejaria, Rua de São Caetano, nº 4, www.portugalia.pt;
  • Espaço Edla, Rua Doutor Alfredo da Costa 52, Sintra, www.espacoedla.pt;
  • A Travessa, Travessa do Convento das Bernardas 12, www.atravessa.com;


https://facetzprzepisem.com/2015/01/14/lizbona-na-weekend-co-zjesc/