0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Filament.io Made with Flare More Info'> 0 Flares ×

Mee goreng (noodels ze smażonym czosnkiem, szalotką, krewetkami i kurczakiem). Bardzo dobrze wydane 7 złotych

Mee goreng (noodels ze smażonym czosnkiem, szalotką, krewetkami i kurczakiem). Bardzo dobrze wydane 7 złotych

Już za moment będę kosztował argentyńskie asado (grilowane mięso), tymczasem wrzucam na bloga garść jeszcze świeżych kulinarnych wspomnień z Malezji.

Kuala Lumpur, stolica Malezji – choć nie marzy o popularności pobliskiego Singapuru czy Bangkoku – ma znacznie więcej do zaoferowania, niż tylko tanią egzotykę. Znaleźć można tu ultranowoczesną architekturę, rewelacyjne jedzenie, dużo butików najznakomitszych projektantów i… wyjątkowo drogie piwo. Tu okazji do wydawania pieniędzy nie brakuje i żadnej z nich się nie przepuszcza.

Wieże Petronas. Niezależnie od pory dnia i nocy, wszyscy turyści wabieni niczym ptaki przez biegun magnetyczny, podążają do tego miejsca. Mierzące 452 metry Petronas Twin Towers to nowa wieża Eiffla i Tower Bridge. Symbol nowego świata i porządku, rozpoznawalny na równi z wyżej wymienionymi. Przez moment, w latach 1998-2004, wieże były najwyższymi budynkami świata. Mimo że całkiem niedawno jeszcze najwyższe nie odpychają wielkością, nie przytaczają ogromem stali, szkła i betonu.

Petronas Towers, Kuala Lumpur

Petronas Towers, Kuala Lumpur

Z bliskiej perspektywy wydają się dużo mniejsze niż w rzeczywistości i jednocześnie bardzo „dostępne”. Można podejść pod sam fundament, dotknąć nitów u podstawy, zadrzeć wysoko głowę i zadumać się nad światem. Choć do wyobraźni bardziej niż filozofia, przemawia fakt, że jednym ze sposobów, aby dotrzeć do wież, jest spacer napowietrznym, klimatyzowanym, kilkusetmetrowym chodnikiem prowadzącym z centrum handlowego w Pavilion. Na antypodach tej nowoczesnej techniki znajduje się jak najbardziej prawdziwy Kuala Lumpur Central Park, wpychający się zielonym dywanem pod okoliczne wieżowce. Miły dla zmysłów melanż – jak Metallica grająca na smyczkach – tylko ze stokrotnie lepszym skutkiem. Architektura momentami sięga nieba; bardziej przyziemne rzeczy są równie miłe dla zmysłów i bardziej dostępne.

Najważniejszy powód, aby odwiedzić Kuala Lumpur to kuchnia. Miks wpływów malajskich, chińskich, tajskich, hinduskich i wietnamskich nie pozwoli wam odejść nawet na moment od stołu. Wspaniały ekumenizm, który do serc powinni wziąć sobie prezydenci, dyktatorzy i duchowni, stawiający na co dzień ponad pokój, wieczną walkę. Miejscowe garkuchnie atakują zmysły kulinarną pornografią. Tu skandalicznie łatwo zejść na złą drogę, popaść w pokarmową dewiację. Zmysł wzroku i powonienia polegnie w tej nierównej walce. To jest blitzkrieg na waszych zmysłach, ale nie na waszym ciele. Nie ma bowiem ryzyka – zachowując podstawowe zasady higieny – aby doszło do gastrycznych dolegliwości.

W Kuala Lumpur je się na ulicy, a miejsce im wydaje się podlejsze, tym bardziej godne polecenia. Ważne, by stołowali się tam miejscowi – to zasada powszechna w miejscach turystycznych – nieobca również tutaj. Kulinarne zagłębie zaczyna się w Chinatown (deptak Petaling Street i bliskie przyległości). Dużo straganów ze street foodem w towarzystwie czerwonych lampionów oraz wszelkiej maści chińskich podróbek. Versace z Armanim zdziwiliby się, widząc ilość wzorów i rozmiarów własnych produktów. Chińska Dzielnica będzie tylko na chwilę, na moment – zbyt dużo tu turystów i plastiku, zbyt dużo jakże trafnych skojarzeń.

1600px KUL2

Ładny plastik w China Town

Z China Town należy ruszyć na zachód, a w skali makro przeskakujemy nad Himalajami i lądujemy w Indiach. Tuż przy głównym dworcu (KL Sentral) znajduje się indyjska dzielnica Brickfields. Chłodna ogórkowo-miętowa raita podana w jednym z barów zrównoważy nieznośną lepkość i parność atmosfery. Bricksfields to tylko niewinna rozgrzewka przed rozkosznym wieczorem. Ledwie kwadrans leniwego spaceru stąd (lub 5 ringgitów (RN) taksówką, 1 RN = 1 PLN) znajduje się dzielnica Bangsar. Koniecznie należy odwiedzić Devi’s Corner (Jalan Telawi 3) – to jedna z najlepszych restauracji w mieście, nienaznaczona jeszcze obutymi w havanijasy, stopami turystów z Europy czy Australii. Co wziąć, co zamówić? Zdajcie się na przewodnika, kelnera lub własną intuicję. Ryzyko pomyłki równie małe, jak spotkanie Malaja przeklinającego po polsku. Szaszłyki z kurczaka lub wołowiny w sosie satay (sos z orzechów ziemnych), kurczak tandoori czy papadam – smażone małe placki z mąki z soczewicy – a wszystko perwersyjnie smaczne. Całość najlepiej przepijać teh tarik (herbata z mlekiem). Sycący obiad dla dwóch głodnych osób kosztuje liche ćwierć stówki (25 RM).

Na wschód od Bangsar i Bricksfield znajduje się Bukit Bintang – dzielnica rozrywkowa, pełna potężnych sklepów i prawdziwe centrum miasta. Taksówka z lotniska dowozi bezpośrednio na miejsce, z KL Sentral to pięć przystanków kolejka Monorel (bilet ok. 2,5 RM, do kupienia w automacie, przed wejściem na peron). Kolejka lub taksówka to czasem jedyny sposób, aby schować się przed deszczem. Bo jeśli pada, to konkretnie.

Jeśli traficie tu zaraz po długim locie z Europy, w okolicach północy – poczujecie się jak trampkarz, któremu przyszło niespodziewanie grać w finale Ligi Mistrzów. Oszołomienie, rozbiegane ślepia i pot na plecach. Tłum, hałas, neony wielkości połówki boiska piłkarskiego. Dzień to jeszcze czy noc? Po kwadransie, najdalej dwóch wsiąka się tu jak woda w gąbkę. To jest to!

Bukit Bintang to nightlife, jedzenie i zabawa do późna w nocy. Razem z telewizyjną wieżą KL Tower (tylko 421 metrów wysokości) oraz wieżami Petronas i Kuala Lumpur City Centre Park (KLCC) tworzą nowoczesne centrum miasta. Przestrzeń, w której przepada się, nie licząc czasu i pieniędzy wydawanych na rozkoszne, cielesne uciechy. Nie popadajcie w niepokój, to ostanie oznacza przede wszystkim kulinarne i zakupowe pokusy czyhające na każdym kroku. Wielkopowierzchniowe galerie handlowe są wszędzie i są wielkie, wielkie jak lotniska. To zdecydowanie jest miejsce do zrobienia dobrych zakupów. Ceny porównywalne z polskimi, ale dostępność towarów o wiele większa, a chęć do sięgania po portfel jakby łatwiejsza.

Bukit Bintang, milion kalorii w zasięgu ręki

Bukit Bintang, milion kalorii w zasięgu ręki

Zostawiając nowoczesne sklepy za sobą, warto udać się w okolice Jalan Alor – na tej ulicy zapchanej jak tokijskie metro ludźmi – znajduje się kilkadziesiąt restauracji, barów i straganów z ulicznym jedzeniem. Co prawda znawcy twierdzą, że okolica jest podła, skomercjalizowana i przepełniona turystami – niemniej – jest to dobre miejsce na pierwszy kontakt z lokalną kuchnią. Jedzenie jest tu co najmniej przyzwoite i względnie tanie (noodles kosztują 7 RM, dania z mięsem od 15 RM). Po lewej stronie ulicy rozsiadły się „restauracje”, z ogródkami, liczną obsługą, ale wciąż przyjemną atmosferą. Po prawej – ciut podlejsze przybytki, przy czym tego przymiotnika używam przyjaźnie, z czułością. Siedzi się tu ciaśniej, na niskich stołeczkach, anturaż mniej elegancki, ot cała różnica.

Na początek należy spróbować mee goreng (makaron noodels ze smażonym czosnkiem, szalotką, krewetkami i kurczakiem i doprawione zieloną papryczką chilli, skandalicznie pyszne i tanie – 8 RM), kolejno, czas na klasykę – satay – szaszłyki z drobiu lub wołowiny w sosie z orzechów ziemnych (1,30 RM za sztukę, można zamówić minimum 5 sztuk). Wciąż głodni? Czas na zupę – wonton noodle – rozgrzewający „rosół” z warzywami, krewetkami i kurczakiem. I jeszcze pierożki wanton, char kway teow (noodles z krewetkami) i cokolwiek, na co macie ochotę.

Tłumy w Jalan Alor momentami mogą być męczące, dla higieny warto udać się w okolice Jalan Padang (ok. 5 min piechotą). Pod wielką metalową wiatą mieści się kilkadziesiąt prymitywnych garkuchni. Powiedzieć, że to prowizorka, to mało powiedzieć, ale jeść dają wybornie.

Jalan Padang: paskudny anturaż, wyborne jedzenie

Jalan Padang: paskudny anturaż, wyborne jedzenie

Dwie minuty trzeźwym krokiem od Jalan Alor znajduje się ulica Changkat Bukit Bintang – imponujące jak na miejscowe standardy zagłębie restauracji, barów i klubów nocnych. Jest tu jednak zbyt europejsko i zbyt przaśnie. Młodsza i starsza młodzież na klubowych parkietach i w pobliskich krzakach bawi się zbyt intensywnie jak na standardy kraju muzułmańskiego. Miejsce interesujące wyłącznie z powodów antropologicznych, jeden drink wystarczy.

Zwiedzając miasto na piechotę, należy zostawić europejskie przyzwyczajenia w hotelu, nie próbować na siłę przekonywać kierowców o prawach pieszego. Kierowcy aut osobowych polują na jednoślady, busy na osobówki, ciężarówki na busy, a wszyscy polują na pieszych. Potrzeba dużo pokory i zrozumiecie, co czuje sympatyczna muszka owocówka będąca (prawie) na końcu łańcucha pokarmowego. Tak właśnie wygląda tu ruch uliczny. Jedyne zagrożenie przestępczością, także związane jest z motoryzacją. Dużą plagą są złodzieje poruszający się na motocyklach, w tandemie – kierowca plus pasażer, którzy wyrywają przechodniom torebki i plecaki. Nigdy nie należy nosić ich od strony ulicy.

Jak dojechać

Najlepiej z przesiadką przez Dubaj, liniami Emirates (emirates.com). Linie oferują cztery połączenia dziennie między Dubajem a Kuala Lumpur. Warto przy okazji zrobić przerwę w podróży i zwiedzić Dubaj (pakiety firmy arabian-adventures.com, np. safari, zwiedzanie najwyższego budynku świata – Burji Khalifa). Koszt biletu lotniczego – od 2500 zł.

Lotnisko zarówno w Dubaju, jak i Kuala Lumpur jest nowoczesne i czytelne. Podróżujący mogą korzystać przez 3 godziny z bezpłatnego wi-fi.

Do centrum miasta oddalonego o ok. 50 kilometrów, najlepiej dostać się kolejką KLIA Expres (kliaekspres.com). Terminal znajduje się w pobliżu hali przylotów. Koszt – 35 RM (ring git, 1 RM = ok. 1 PLN). Kolejka kursuje do dworca głównego KL Sentral.

Jeśli podróżuje się w większej grupie, warto zastanowić się nad przejazdem taksówką. Pomiędzy odbiorem bagażu a halą przylotów należy zapłacić za przejazd w okienku (korporacja lotniskowa, posiadają rejestracje „LIMO”). Kierowcy już nic się nie płaci. Przejazd do centrum najtańszą taksówką „budget” to koszt 70-80 RM. Uwaga: przejazd nawet poza godzinami szczytu potrafi zająć minimum godzinę.

Gdzie spać

Hotele, wybór jest ogromny, od low budżetowych hosteli do pięciogwiazdkowych pałaców. Przyzwyczajeni do standardów europejskich, pamiętać należy, że najtańsze pokoje w hotelach często nie mają okna, często są to także pakiety bez śniadań.

Wiza

Na pobyt do 90 dni wiza nie jest wy­ma­ga­na. Do kraju można wje­chać na pod­sta­wie pasz­por­tu waż­ne­go przy­naj­mniej 6 mie­się­cy.

 https://facetzprzepisem.com/2015/02/13/jak-spedzic-weekend-w-kuala-lumpur/