0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Filament.io Made with Flare More Info'> 0 Flares ×

Choć formalnie wciąż to Hiszpania kontynentalna, widok za oknem sugeruje coś innego. Dominujący kolor to intensywny zielony a nie brąz spalonych gór. Temperatura nawet w lecie nie ścina białka i pozwala na znacznie więcej niż leżenie na plaży. Język używany przez miejscowych bliższy jest portugalskiemu a na dodatek właśnie stąd pochodzą najlepsze owoce morza. Oto hiszpańska Galicja. Miejsce do którego chce się nieustająco wracać.

Mistycznych doznań dostarcza samo obcowanie z pięknem tutejszego krajobrazu. Zieleń eukaliptusowych i sosnowych lasów jest złamana fioletem wrzosów oraz żółcią żarnowca. W krajobrazie dominują mniejsze lub większe pagórki. Czy aby na pewno to jest Hiszpania? Krajobraz przywołuje na myśl centralną Słowenię lub okolice Udine z niewysokimi pagórkami. Galicja to także kraina tysiąca rzek pielęgnujących przez okrągły rok zieleń pól i lasów. Bliskość Atlantyku sprawia, że powietrze jest tu wilgotne i rześkie, a temperatury w lecie zdecydowanie bardziej znośne niż w pozostałych regionach kraju.

To nie jest klasyczna Hiszpania, jaką kojarzy się turystycznych folderów. Galicja różni się od reszty Hiszpanii, jak białe wino od wina czerwonego. To pierwsze zresztą jest jedną z galisjańskich specjalności. Mimo świadomości braku granic ma się wrażenie przebywania w innym świecie, kompletnie różnym od świata wieżowców Benidormu.

Region i jego stolica – Santiago de Compostela – kojarzą się głównie ze szlakiem św. Jakuba (Camino de Santiago). To jedno z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych na świecie. Według legendy apostoł Jakub Większy prowadził w tych okolicach działalność misyjną wśród Celtów. W 44 roku n.e. zginął śmiercią męczeńską w Jerozolimie, skąd wkrótce jego ciało zostało przewiezione do Galicji. Szczątki i relikwie świętego znajdują się obecnie w katedrze w Santiago. Katedra jest jednym z największych zabytków stylu romańskiego w Hiszpanii. Budowa katedry rozpoczęła się w 1075 r., za panowania Alfonsa VI Kastylijskiego i nawiązuje do kościoła św. Sernina w Tuluzie. Konsekracja katedry miała miejsce dopiero w 1128 r. To także tutaj zbiegają się wszystkie szlaki pielgrzymkowe. Kulminacja obchodów przypada 25. lipca, podczas święta św. Jakuba. Osobliwością katedry jest botafumeiro – ważąca 80 kilogramów kadzielnica zawieszona pod kopułą katedry. Do jej rozkołysania potrzebnych jest 6 lub 8 dorosłych mężczyzn. Wyjątkowa uroczystość, którą można obejrzeć w każdy piątek na zakończenie wieczornej mszy. Co ciekawe , do pierwszego czytania Pisma Świętego wybierane są osoby spośród pielgrzymów odwiedzających katedrę. Porównywalne wrażenie do oglądania kołyszącego się z szybkością 60 km na godzinę botafumeiro robi spacer po dachach (!) katedry. Niewiele osób o tym wie, ale spacer jest dostępny dla każdego.

Nie ma jednego sposobu na przejście i przeżywanie camino. Każdy pielgrzym idzie swoim tempem i w swojej własnej intencji. Tyle ile jest gwiazd na niebie (nazwa Compostela pochodzi z łacińskiego campus stellae – co oznacza pole gwiazd), tyle różnych motywacji kieruje pielgrzymami do przejścia szlaku. Camino jest także demokratyczne i ekumeniczne. Pielgrzymują starzy i młodzi, chrześcijanie i agnostycy. Zwolennicy New Age, buddyści, a także fani Tao Kubusia Puchatka. O magnetyzmie tego miejsca świadczy fakt, że Turkish Airlines otworzył tej wiosny bezpośrednie połączenie lotnicze Santiago ze Stambułem.

Jak opowiada Patricia Longa, pracująca w miejscowej organizacji turystycznej, z powodów religijnych szlak przemierza około piętnaście procent pielgrzymów. Reszta traktuje przejście szlaku jako atrakcję turystyczną lub wyzwanie sportowe. Poza klasycznym przejściem „na nogach”, popularne jest przejechanie szlaku na rowerze lub konno. W samej Galicji jest ponad 1300 kilometrów szlaków. Najpopularniejszą trasą jest Camino Frances czyli Droga Francuska, zaczynająca się w Saint Jean Pied de Port, we francuskich Pirenejach, o długości około 800 kilometrów.
Pielgrzymi zdobywają stemple z każdego przebytego etapu w specjalnym „paszporcie”. Aby pielgrzymka została uznana oficjalnie za odbytą należy przejść minimum sto kilometrów lub przebyć dwieście kilometrów na rowerze lub konno. Pan Jan z Jarosławia na Podkarpaciu, spotkany w jednej z albergue jest na szlaku blisko trzydzieści dni. Pielgrzymuje z San Sebastian i przeszedł już ok. 750 kilometrów. Każdy jego dzień wyglądał podobnie, pobudka o 4.30 rano i marsz do 13, aż do kolejnej albergue. W O Cebreiro szedł w wielkiej zamieci śnieżnej, wcześniej w trzydziestostopniowym stopniowym upale. Opowiadając o szlaku jest autentycznie radosny i prostolinijnie szczęśliwy. Budujące spotkanie z osobą tak różną od dewocyjnie rozmodlonych uczestników pielgrzymek w Polsce. Niestety camino nie jest popularne wśród Polaków, w ciągu 5 miesięcy 2013 roku zarejestrowano oficjalnie niewiele ponad 300 pielgrzymów z Polski, Rocznie wszystkich pielgrzymów jest 200 tysięcy. Najczęściej na szlakach można spotkać Niemców, Włochów, Francuzów oraz … Koreańczyków.

Nawleczone, niczym korale na nitkę, kolejne miejscowości na szlaku Camino Frances łączy wspólny mianownik spokoju hiszpańskiej prowincji. Tu pośpiech jest grzechem ciężkim, a cierpliwość i spokój największą cnotą. Droga nr 633, wąska jak nitka makaronu i poskręcana jak ciemne loki hiszpańskich dziewcząt prowadzi w górę, na wysokość 1600 metrów n.p.m. do O Cebreiro. W tej średniowiecznej wiosce, położonej na przełęczy pomiędzy Sierra de Courel i Sierra de Aucares zaczyna się galisyjski odcinek Drogi Francuskiej. To ledwie kilkanaście kamiennych domów, bardzo ascetycznych i surowych, najstarszy na trasie romański klasztor – Sanktuarium Santa Maria – oraz hostel dla pielgrzymów. Na stałe mieszka tu 25 osób. Forma idzie w parze z treścią. Dusza karmi się niezwykłą i spokojną atmosferą miejsca, a żołądek – cebreiro. Wyjątkowym w smaku wiejskim serkiem, doskonałym do pieczywa. Jest koniec maja, a ledwie dwa dni temu padał tu śnieg.
Co 20-30 kliometrów na camino rozmieszczone są albergue, czyli miejsca w których pielgrzymi za symboliczną opłatą mogą przenocować i dokonać ablucji. Podstawą do otrzymania noclegu jest wylegitymowanie się paszportem pielgrzyma z pieczątkami potwierdzającymi przejście trasy. Nocleg kosztuje od 6 euro w sali wieloosobowej na łóżkach piętrowych. W hostelach jest nieco drożej (od 10 euro za noc). Opcja premium to pokoje prywatne w cenie 40-50 euro za noc. Premium w cenie low cost to nocleg w hostelu Casa Fuerte de Lusio. Kontemplacji pielgrzymów służą ascetyczne i nowoczesne wnętrza, które zlokalizowano w starej feudalnej rezydencji. Stare z nowym pasuje do siebie lepiej niż korek z butelką albariño. Właściciele, Ana i Amparo dbają o swoich gości, pielgrzym poczuje się tu lepiej niż na niedzielnym rosole u teściowej.

Kolejne kilometry i kolejne perełki na szlaku podróży. W Samos znajduje się klasztor benedyktynów, jeden z najstarszych w Hiszpanii. Zabytkowy zespół powstał w VI wieku i obecnie można w nim znaleźć elementy wszystkich istniejących stylów. Częste grabieże i pożary, jakie miały miejsce na przestrzeni wieków były przyczyną licznych rekonstrukcji, odbudowy zniszczonych fragmentów, czy przebudowy innych albo rozbudowy obiektu itd. Są tu więc elementy przedromańskie, gotyckie, renesansowe, barokowe, neoklasyczne i z czasów modernizmu. Portomarin szokuje historią ledwie sprzed lat pięćdziesięciu. Generał Franco, antybohater najnowszej historii Hiszpanii, wybudował w 1960 roku na rzece Mino hydroelektrownię, która spowodowała zalanie miasteczka. Dumni i uparci mieszkańcy, w heroicznym wysiłku, cegła po cegle, przenieśli na wzgórze zabytkową starówkę, miedzy innymi imponujący kościół św. Mikołaja. Stąd także pochodzą wyjątkowe sery tetilla, produkowane z krowiego mleka rasy Galican Blond. Nazwa oznacza kobiecą pierś, ze względu na stożkowaty kształt. Fetyszyści będą macać, reszta skonsumuje ser szybciej niż Fernando Alosno pokonujący swoim ferrari zakręty w Walencji.

Galisjańską prowincję najlepiej poznawać z wysokości rowerowego siodełka. Szlak camino w okolicach Palas de Rei czy Melide wiedzie opłotkami, z dala od głównych dróg, wśród zielonych pól i poprzez eukaliptusowe zagajniki. W cieniu przydrożnego dębu oparty o traktor, odpoczywa po skończonych sianokosach młody rolnik z dwójką swoich małych pociech. Jest potworny upał, słychać tylko owady i baraszkujące dzieci. Wszystko jest kompletne i na swoim miejscu. Obrazek to ikoniczny – pozwala natychmiast przywrócić właściwą hierarchię rzeczy ważnych i najważniejszych, a prostota i ciepło tej sytuacji porusza.

Gdzieniegdzie domy, stare, surowe i kamienne. Z małymi oknami, odwrócone od drogi, sprawiają wrażenie niezamieszkałych. W okoliczny krajobraz wpisane są także furreros – prostokątne drewniane budowle wsparte na półtorametrowych betonowych nogach. W przeszłości służące za magazyn zboża i kukurydzy, dziś popadają w ruinę.
Kierunek wędrówki wskazują żółte strzałki i muszle świętego Jakuba umieszczone na betonowych pachołkach. A tuż przy nich lub na nich ułożone z drobnych kamieni kopczyki. Kamienie symbolizują grzechy pielgrzymów, a dodatkowy balast na trasie pielgrzymki ma pątnikom przypominać o doczesności życia na ziemi. Z każdym kilometrem pokonanej drogi pielgrzymi pozbywają się ciężaru, zostawiając symbolicznie za sobą wszystko co złe.

Dla niektórych pielgrzymów Santiago nie jest ostatnim etapem marszu, niektórzy idą jeszcze kilkadziesiąt kilometrów dalej na zachód do Cabo Fisterra (finis terra – dosł. Koniec lądu). Przylądek przez wieki był uznawany przez współczesnych za najdalej wysunięte na zachód miejsce świata. Dopiero odkrycia Krzysztofa Kolumba zweryfikowały postrzeganie znaczenia Cabo Fisterra. Pielgrzymi docierając tu dokonywali spalenia swoich ubrań i obuwia, symbolicznie niszcząc, co złe, zaczynając jednocześnie nowe życie bez grzechu. Dziś tradycja jest pieczołowicie pielęgnowana przez młodzież i turystów, którzy z zacięciem na twarzy próbują palić elementy swojej garderoby z Zary czy innego GAPu, gaszoną co chwilę silnym podmuchem wiatru znad Atlantyku. Równie często jak nadpaloną odzież można tu potknąć się o puste opakowania po produktach z okolicznych winnic. Mimo tego miejscami plastikowego anturażu, czuć wszystkimi kończynami obecność absolutu, namacalny początek i koniec. Najlepsze, co można zrobić, to odwrócić się od Atlantyku i wrócić do domu lepszym człowiekiem.

Okolica jest także nazywana Costa da Morte (Wybrzeże Śmierci) – brzmi to równie dobrze, albo i lepiej niż Costa del Sol, a wybity gotykiem tekst stanowi idealny tytuł na okładki folderów turystycznych. Wybrzeże swą nazwę zawdzięcza licznym wrakom statków zatopionych wzdłuż zdradzieckiego skalistego wybrzeża. Inną miłą nazwę wybrzeże zawdzięcza Celtom, którzy osiedlili się tu w VII w. p.n.e. – Wybrzeże Śmierci Słońca – to ze względu na codzienne „przepadanie” najbliższej nam gwiazdy w wodach oceanu.

Na zachodnim wybrzeżu Galicji znajduje się dużo dzikich plaż z białym drobnym piaskiem. Masowa turystyka tu nie dotarła, nie spotka się tu tłumów czerwonolicych i pijanych Anglików czy głośnych i roszczeniowych Rosjan. Trafiają tu głownie świadomie podróżujący, szukający przyjemnej odmienności od gorących plaż Morza Śródziemnego. Za najlepsze miejsce uznawana jest Playa Langosteira w Fisterra, choć obiektywnie trzeba stwierdzić, że wybór najlepszej miejscowości na dłuższy postój lub jako baza do dalszych wypadów nie będzie łatwy. W kameralnym Muros, gdzie mieszka na stałe nie więcej niż 7 tysięcy mieszkańców, są dwa hotele i wiele kwater prywatnych i rodzinnych mikro-pensjonatów. Turystów dociera tu niewielu, dzięki czemu ceny na lokalnym targu rybnym nie noszą znamion bandyckiego rozboju na ich portfelach. Aby się tu dostać, najlepiej jechać drogą 403. Dookoła nieustanna butelkowa zieleń lasów, w miarę przybliżania się do wybrzeża zamienia się w zółć żarnowca i fiolet wrzosów. Setki białych wiatraków, poruszane wiatrem znad Atlantyku, mielą cierpliwie gęstę powietrze. Na przełęczy, w okolicach Paxareiras wiatr urywa głowę, w zamian turysta ujrzy przepiękny widok na panoramę wybrzeża z Playa de Carnota w centralnym kadrze. Zaraz za Muros położone jest San Francisco (halo, można odwiedzić Frisco bez amerykańskiej wizy, czyż nie jest to kusząca propozycja?), malutka osada z kolejną śliczną plażą. Caldebarcos, Corcubion, O Pindo, czy większa Muxia – wszystkie warte odwiedzenia, wszystkie na antypodach przeżywania intensywnych citybreaków. W pobliżu O Pindo olbrzymie wrażenie robi 40 metrowy wodospad na rzece Xallas, wpadający niemalże bezpośrednio do Atlantyku.

W opozycji do wszechobecnego dziedzictwa św. Jakuba, w Galicji pełno do dziś jest wierzeń w pogańskie legendy. To spuścizna po Celtach i ich kulturze, którzy przybyli tu w VII w. p.n.e. Ważne miejsce w opowiadaniach zajmują miegas i brudas, czyli dobre i złe czarownice. Wychodzą z lasów o północy i zmierzają w kierunku osad ludzkich. Biada temu, kto stanie im na drodze. Jedynym ratunkiem jest wypicie specjalnego napoju, który chroni przed złym urokiem rzucanym przez bruxas. Queimada zrobiona jest z grappy z dodatkiem ziół, ziaren kawy, cukru, skórki cytrynowej i cynamonu. Innym popularnym mitem jest La Santa Compaña, czyli procesja dusz zmarłych. Zagubione duszę wędrują po ścieżkach i drogach najbliższej parafii, odwiedzając domy, w których ktoś wkrótce umrze. Według legendy, na czele procesji idzie żywy człowiek ze świeczką i krzyżem w rękach.

Galicja to idealne miejsce na pielęgnowanie sybaryckich nawyków. Hedonistyczna część Galicji zaczyna się w… kuchni, bo kuchnia to ważny pierwiastek galisjańskiej tożsamości i kultury. Takie percebes udaje coś, czym nie jest. Niegotowy na spotkanie z tą przekąską, klient panicznie szuka czegokolwiek, czym może zająć ręce aby tylko uniknąć brania do rąk TEGO. W pierwszym odruchu łapie kieliszek z winem, potem całą butelkę. Po takim aperitifie gotowy jest już zmierzyć się z czymś, co wygląda jak kończyny prehistorycznego gada. Fran, szef restauracji O’Fragon w Fisterra ma niezły ubaw widząc nasze miny. Percebes to ukwiały rosnące na nadmorskich skałach oblewanych przez wody Atlantyku. Poławianie tego przysmaku jest bardzo niebezpieczne ze względu na jego trudną dostępność, mimo tego nie brakuje w Galicji percebeiros – poławiaczy. Percebes smakiem i konsystencją przypomina ośmiornicę, aby dostać się do części jadalnej, należy chwytając „paznokieć” i „nóżkę” przekręcić w przeciwną stronę. To tylko arcyciekawa namiastka możliwości, jakie oferuje kuchnia galisyjska. W przybrzeżnych wodach Atlantyku żyje prawie sto jadalnych gatunków ryb oraz drugie tyle przeróżnych odmian mięczaków i skorupiaków.

Wyjątkowym przysmakiem mającym swoje korzenie Galicji są uwielbiane przez wszystkich Hiszpanów papryczki noszące nazwę pimientos de Padrón. Uprawia się je w okolicach Padron i Herbón na południe od Santiago de Compostela. Najlepiej jeść je jako przystawkę, smażone na oliwie z oliwek i posypane gruboziarnistą solą morską. Aby nie były zbyt pikantne zrywa się je odpowiednio wcześniej, jednak w zamówionej porcji zawsze znajdzie się jedna, pikantna papryczka, która spowoduje pożar w gardle. Na pocieszenie „szczęściarza” lepiej od litrów wody gaszących palące gardło ma działać informacja, że wkrótce zostanie on bogaty ponieważ zjadł „tę jedyną” papryczkę. Tak głosi tradycja.

Specjalnością regionu jest carajillo – kawa podawana z wysokoprocentowym orujo¸ nazywanego także aguardente, co oznacza ognistą wodę. ¬To nic innego jak winiak produkowany z winogron. Zawiera do 50% alkoholu. Dla uzyskania pełnego smaku do kawy dodaje się goździk i skórkę pomarańczy. Najpopularniejszym jednak trunkiem w Galicji jest białe wino, a najczęściej spotykaną odmianą jest szczep albariño. Ze względu na atlantycki klimat i chłodniejsze średnie temperatury, tutejsze wino jest bardzo podobne do alzackich czy reńskich rieslingów. Początkowo wytwarzane tylko na własny użytek, dopiero w ostatnich latach latach, zyskało międzynarodową popularność. W bodedze Martin Codax wino jest produkowane z winogron tylko od małych producentów i z małych, przydomowych pól, zbierane wyłącznie ręcznie. Tutejsze albariño posiada nuty brzoskwiń przeplatające się z delikatnymi akcentami miodowo-ziołowymi. To złożone wino, które pije się z przyjemnością, zarówno w połączeniu z posiłkami, jak i bez. W pobliskim Cambados, w położnym na rynku siedemnastowiecznym Pazo de Fefinans istnieje możliwość smakowania lokalnych win na przepięknym trawiastym dziedzińcu.


https://facetzprzepisem.com/2013/09/11/galicja-i-santiago-de-compostela-atrakcje-zachodniego-wybrzeza-hiszpanii/