0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Filament.io Made with Flare More Info'> 0 Flares ×

300 dni słonecznych i tylko 10-14 dni deszczowych w roku. Genialna kuchnia i klimat sprzyjający rozkosznym, sybaryckim uciechom. Brzmi to jak majaki pijanego, ale takie miejsce faktycznie istnieje. Mało tego – w Europie i nie dalej jak trzy godziny lotu samolotem z Polski. Kto jest chętny na szybką zamianę mazowieckich równin na tamtejsze morze i góry?

Costa Blanca to kierunek nieoczywisty. Myśląc o wybrzeżu Hiszpanii najczęściej przywołujemy z pamięci Barcelonę, Costa Bravę czy Costa del Sol. Białe Wybrzeże ma duże szanse aby stanąć w jednym szeregu ze swoimi bardziej znanymi „siostrami”. To region bardzo zróżnicowany, oferujący na niedużym obszarze wiele różnorodnych atrakcji i zbrodnią najcięższą, byłoby stygmatowanie regionu poprzez pryzmat nazwy (Costa). Tutejsze wybrzeże jest fantastyczne, ale stanowi tylko pretekst do dłuższej podróży.

Popularne powiedzenie mówi, że jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. To prawda, która sprawdza się w 99% przypadków. Pozostały jeden procent to wyjątek od reguły zawierający w sobie zjawisko pod nazwą „Costa Blanca”. To miejsce robi wrażenie na turystach niezależnie od celu i powodu wizyty. Czy jest to krótki city break, czy chęć zostania na lata (bardzo popularny ostatnio zakup nieruchomości) wiedz, że azymut obrałeś czytelniku doskonały, niczym malowidło Velazqueza – „Kuszenie św. Tomasza” – znajdujący się w pobliskiej Orihueli. Tak jak tapas podawane w lokalnych restauracjach są na sto sposobów, tak Costa Blanca ma sto twarzy i tylko od zaangażowania turysty zależy, którą twarz zapamięta najmocniej. W sierpniu jest tu nie do wytrzymania, ale każdy inny miesiąc – a najlepiej wiosna lub jesień – to perfekcyjny melanż miejsca i czasu.

Podróż zaczynamy w Alicante, naturalnym centrum regionu. Miasto jest duże (300 tys. mieszkańców) ze wszystkimi zaletami metropolii, jednocześnie nie przytłaczając turysty. Kibice piłki kopanej będą darzyć to miasto estymą lub przeciwnie – mówić o klątwie. To tu w lipcu osiemdziesiątego drugiego polscy kopacze odnieśli ostatni sukces na imprezie rangi mistrzowskiej. W ciągu sześciu minut ukąsili francuskie koguciki trzy razy, wygrywając w półfinale w meczu o trzecie miejsce z Francją. Alicante nie pamięta o sportowych bohaterach, za to ciepło myśli o inwestorach i rentierach znad Wisły, tęsknie patrząc w czasie kryzysu na każde euro rzucone na rynek. Ruch na rynku wtórnym nieruchomości przeniósł się z Konstancina, czy Wilanowa w okolice Altei i Torrvieji.

Stare miasto w Alicante urzeka architekturą i zaułkami, gdzie nieśpiesznie przechadzają się mieszkańcy i turyści. Widok z zamku świętej Barbary, położonego na wysokości 166 metrów nad poziomem morza pozwala zauważyć, w jak przepięknym miejscu miasto jest położone. Błękit morza i nieba przed nami, za plecami góry. W średniowieczu przybyli tu Maurowie, potem przegonili ich Hiszpanie, a następnie twierdzę i zamek odbijali sobie z rąk Francuzi i Brytyjczycy. Ci ostatni do dzisiaj przybywają w te okolice już bez wojennych zamiarów, żłopiąc wiadrami „San Miguel” – tanie piwo, które nie jest przesadnie smaczne, ale w końcu w czasie upału chodzi o to, aby piwo było zimne, a nie dobre. To nie jest Wersal.

Michał Marczyk – łodzianin, od siedmiu lat mieszkający w Walencji, aktualnie oprowadzający grupy po regionie (przewodnikpowalencji.com), mówi o wyraźnej różnicy pomiędzy dużymi miastami. W przeciwieństwie do Madrytu czy Walencji, w Alicante żyje się bez napięcia i nerwów. Jeśli stolica ubiera się w garnitur, to Alicante nosi cały czas wygodny t-shirt i trampki, trzymając szpilki głęboko w szafie tylko na wyjątkowe okazje.

Leżący po sąsiedzku Benidorm to „mały Manhatan” nad morzem Śródziemnym. Widok kilkudziesięciu wielopiętrowych hoteli w jednym miejscu robi wrażenie na każdym, ale nie każdy będzie czuł się tutaj komfortowo. To miejsce potrafi bawić się głośniej i mocniej od studentów po zaliczonej sesji. Tu w noc się bawisz, w dzień odsypiasz na plaży trudy imprezy sącząc chłodną cavę lub adua di Valencia – rodzaj miejscowej sangrii. Wszystko jest na miejscu, wszystko jest zorganizowane – idealne bezobsługowe wczasy – dobre dla tych, którzy przyjechali się dobrze bawić. Benidorm bawi się głośno, ale nie na tyle aby zniechęcać inny typ turystów – w okolicy są także hotele dobre dla rodzin z dziećmi, których przyciągają tematyczne parki dla dzieci.

Pod Allicante odwiedziliśmy światowej sławy cukiernika Paco Torreblancę, który w swoim życiu piekł torty między innymi dla hiszpańskiej rodziny królewskiej. Teraz już znudziło mu się samodzielne pichcenie, dlatego najwięcej czasu poświęca szkole cukierników którą stworzył. Opowiada o niej z entuzjazmem dzieciaka, który spotkał właśnie na Plaza de Cibeles swoich idoli z Realu Madryt. To jest jego najważniejszy projekt. Co roku przyjmuje na szkolenie 12 aplikantów wybranych z ponad 1700 zgłoszeń. Przez 12 miesięcy uczy ich przygotowywania najlepszych słodyczy na półwyspie. Jak uczniowie na przerwie gonimy po wielkiej dwustumetrowej kuchni Paco próbując perwersyjnie pysznych słodyczy. Tysiąc, dwa tysiące, dwa tysiące pięćset kalorii…


Historia drogi Paco do wykonywanego zawodu jest pokręcona jak ścieżki w tutejszych górach. Jego ojciec walczący z dyktaturą Franco po stronie republikanów trafił do więzienia, gdzie zaprzyjaźnił się z Francuzem z Brygad Międzynarodowych. Gdy Paco miał 12 lat jego ojciec wysłał go do przyjaciela do Paryża. Przyjaciel w cywilu był cukiernikiem, u niego Paco nauczył się wszystkiego.

Lokalna kuchnia i wino to zjawiska tak ważne i mocno wrośnięte w kulturę, że nie wspominanie o nich, to jak wymazanie wież Sagrada Familia z barcelońskiego krajobrazu. Wprost niewyobrażalne. Zajadamy więc i kosztujemy, narzekając tylko na zbyt małą objętość naszych żołądków. Pyszna paella przyrządzona na sposób walencki – smażona na piecu opalanym drewnem pomarańczy, w klasycznym przepisie z mięsem kurczaka lub królika, fasolą i szafranem. Tapas – kopalnia smaków – sardele nadziewane szpinakiem, szaszłyki z krewetek i pieczarek czy pasztet z wątróbek. Całość popijamy orszadą – chłodzącym napojem na bazie migdałów, cukru i różanej lub pomarańczowej wody kwiatowej.

Oddalając się od wybrzeża trafiamy do Guadalest – mieściny, w której żyje 200 mieszkańców odwiedzanych rok w rok przez 2 mln turystów. W latach sześćdziesiątych XX w, było to zapomniane przez świat miejsce. Do czasu kiedy dwójka angielskich backpackersów trafiła tutaj i pod wrażeniem zamku i okolicy postanowili tu zostać i… wypromować je. A pokazywać jest co, bo Guadalest jest położone w przepięknej okolicy. Na szczycie góry znajduje się arabski zamek, do którego prowadzi droga przez tunel wydrążony w skale. Po wejściu na sam szczyt znajduje się… cmentarz. Stamtąd otwiera się fantastyczna perspektywa z widokiem na turkusowe jezioro położone w dole. Niewątpliwie decydujący o budowie zamku w takim miejscu w równym stopniu był estetą i strategiem. Najmłodszym dużo frajdy sprawi odwiedzenie Muzeum Miniatur położone u podnóża zamku. Można tam obejrzeć m. in. Ostatnią Wieczerzę da Vinciego namalowaną na ziarnku ryżu, czy obraz Goyi namalowany na skrzydle muchy.

Najfajniejsze w podróżowaniu są niespodzianki, bo miejsce do którego trafiasz okazuje się być miejscem całkiem przyjemnym. Takie pozytywne zaskoczenie jest jak ciepły i słoneczny listopad na południu Polski. Proste, nieoczekiwane i miłe. Tak właśnie było z wizytą w Orihueli. Wędrując na południe od Guadalest, wciąż w pewnym oddaleniu od wybrzeża trafiliśmy do średniej wielkości miasta, (80 tys. mieszkańców) które nie obiecywało wiele. Orihuela nie przytłacza, jest przyjazne dla turystów których zresztą nie ma wielu. To raczej miejsce dla lokalesów, którzy nawet nie udają, że się gdzieś śpieszą. Tu siesta zdaje się trwać dłużej niż te 2-3 godziny dziennie. Koniecznie należy odwiedzić barokowy Kościół Santo Domingo, którego wystrój robi wrażenie nawet na najtwardszych agnostykach, zabytkowe stare miasto oraz Katedrę Santa María de Orihuela.

Po drugiej stronie, na północ od Alicante, nad morzem leży Altea. Małe, kameralne miasto o niezwykłej, śródziemnomorskiej urodzie. Przypomina trochę chorwackie, czy włoskie miasteczka przyklejone do adriatyckiego wybrzeża. Pijemy kawę na rynku, w cieniu kościoła Niepokalanej Maryi Dziewicy. Kluczymy po zaułkach, by dotrzeć do morza i popatrzeć na zachodzące słońce. Tak jest dobrze. Czas wracać do domu.